Grudzień 1981 – stan nie tylko wojenny

13 XII 1981 roku – z chwilą ogłoszenia stanu wojennego pracownicy stoczni im. Lenina rozpoczęli strajk okupacyjny. Nie niósł on z sobą nadziei, jak w sierpniu 1980 roku, gdy „Solidarność” została oficjalnie uznana przez rząd polski jako niezależny i samorządny związek zawodowy – pierwszy taki w całym bloku państw socjalistycznych. To był strajk rozpaczy, protestu przeciwko odebraniu wywalczonych praw. Nad krajem wisiała groźba interwencji wojskowej ze strony sił Układu Warszawskiego, strach przed Armią Czerwoną. Do dziś trwają spory czy uzasadniony. Pod stocznią, pomimo zimna i mrozu, gromadziły się tłumy. Każdy wiedział, że jedenaście lat wcześniej, 16 grudnia 1970 roku wydano rozkaz strzelania do robotników. Zabito kilkudziesięciu. W miejscu, gdzie poległo pierwszych trzech stał nowo wybudowany pomnik upamiętniający tamtą tragedię. Władzy zależało, by przejąć zakład będący symbolem walki o prawa obywatelskie jeszcze przed obchodami ponurej rocznicy.

Pierwszy atak ZOMO przyniósł marne efekty. Wysłano więc kolejne jednostki szturmowe, czekające już w pogotowiu, wzmocnione przez regularne wojsko – czołgi, których lufy wycelowano prosto w bramy stoczni. Nie wiadomo czy ich dowódca dostał rozkaz staranowania bramy, czy też bramy i strzegących jej ludzi, którzy mimo mrozu tłumnie stanęli między strajkującymi robotnikami a chłopsko – robotniczą władzą ludową przebraną w mundury. A może nie przebraną? Może ubraną właściwie, jawnie pokazując, że system polityczny, który panował w Polsce po II wojnie światowej był narzucony siłą, był nie tyle wyrazem woli większości narodu, co rezultatem politycznych uzgodnień między możnymi tego świata.

Napięcie, wyczekiwanie, dwa nieprzychylne sobie obozy Polaków, oba walczące o własną wersję ojczyzny. Zaległa cisza. W tej ciszy jakaś babcia odłącza się od zwartej grupy cywilów. Samotnie, spokojnym krokiem przemierza przestrzeń między wrogimi stronami, podchodzi do jednego z ZOMO-wców, podnosi osłonę milicyjnego hełmu, patrzy prosto w twarz:
– Oj synku, synku, taki młody – kiwa głową z charakterystycznym dla starszych ludzi drżeniem, załamuje ręce – żeby Twoja mama wiedziała, co Ty teraz robisz! – niby taka słabiutka, kruchutka, ale swoje słowa wypowiada głośno, dobitnie, tak by usłyszano jak najdalej.

Determinacja szeregów mundurowych prawie niezauważalnie, lecz jednak słabnie. Trudno powiedzieć, kto pierwszy po słowach staruszki wyciągnął dłoń w geście pojednania. Żołnierze zaczęli wychylać głowy z czołgów, ktoś poczęstował papierosem, ktoś inny podał ogień. Młodzi chłopcy, zziębnięci, bo przez trzy dni trzymano ich gdzieś tam w polu, na mrozie, z zakazem włączania silników, by ogrzać metalowe wozy, z wdzięcznością przyjmowali najpierw papierosy a potem ciepłą herbatę i chleb, które przynieśli dla nich okoliczni mieszkańcy. W lufach pojawiły się kwiaty, na czołgach naklejki „Solidarność”.

Młodzi chłopcy i ich dowódca to żołnierze 8 Dywizji Zmechanizowanej – Kołobrzeg, wydarzenia miały miejsce 15 grudnia (wtorek) 1981 roku. Powyższe zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum. Pieczołowicie przechowywane w szufladzie pod kłębkami wełny, z której to wełny nasza babcia robiła swetry na drutach i wymieniała na kartkowy cukier, przetrwały stan wojenny. Niestety nie wiem, kto jest ich autorem, w tamtym czasie bezpieczniej było nie podpisywać zdjęć własnym nazwiskiem. Nie wiem również, kim są ludzie na fotografiach. Same zdjęcia, zebrane w niewielki album, ze względu na bezpieczeństwo tak fotografów, jak i sfotografowanych, były potajemnie kopiowane i przekazywane z rąk do rąk jedynie zaufanym osobom. Być może ktoś rozpozna na nich swoich bliskich – anonimowych ludzi, którzy choć nie starali się być bohaterami, w mojej pamięci są bohaterami grudniowych dni 1981 roku. Czasem w obliczu przemocy, największych bohaterstwem nie jest walka, lecz współczucie i życzliwość.

Nastrój pojednania i radosnego pikniku nie trwał długo. Oddział, który zdradziecko zbratał się z wrogami systemu został wycofany, na jego miejsce przybyło ponad osiem setek ZOMO-wców, kilka nowych czołgów. Sprowadzono armatki wodne, wyrzutnie gazów łzawiących. W ruch poszły pałki – po stronie milicji. Po stronie stoczniowców i cywili kamienie czy co tam kto miał pod ręką. Ponad trzysta rannych osób, część w bezpośrednim starciu, cześć na skutek pobicia już po aresztowaniu. Ofiary po obu stronach. Mimo oporu stocznia padła, działacze zdelegalizowanej z dnia na dzień opozycji zostali internowani.

… w grudniu 1981 miałam 11 lat. Słynny brak niedzielnego teleranka jakoś uszedł mojej uwadze. W pamięci utkwił mi wczesny poniedziałkowy poranek – właściwie to jeszcze noc, bo za oknem panowała nieprzenikniona, mroźna ciemność. Siedziałam z czołem przyklejonym do zimnej szyby i z wysokości czwartego piętra patrzyłam w dół na ulicę. W dole jeździły milicyjne radiowozy tzw. suki, migotały niebiesko – czerwonymi światłami i nawoływały przez głośniki – szczekaczki: „Stoczniowcy, zostańcie w domu! Stoczniowcy, nie idźcie do pracy!”. Usiłowałam zrozumieć otaczającą mnie rzeczywistość: „Skoro strajkowanie jest nielegalne, to dlaczego stoczniowcom nie wolno iść do pracy?”.

Kilka dni później, wieczorem, gdy leżałam już w łóżku tata opowiedział mi o wydarzeniach przed stoczniową bramą. Chciał, bym wiedziała, że nie wszyscy ludzie kierują się nienawiścią, że są również tacy, którzy pomimo wcześniejszej wrogości potrafią dostrzec człowieka nawet w tych, którzy stoją „po drugiej stronie barykady”. I choć ostatecznie stocznia „padła”, w moim sercu obudziła się iskierka nadziei. Polityczna zawierucha nie była już tak straszliwa. Istnieli ludzie, którzy kierowali się sercem, nie nienawiścią. Rzeczywistość, choć nadal niezrozumiała, była jakby bardziej przyjazna i pozwalała z większą ufnością patrzeć w przyszłość. Być może była to naiwna dziecięca wiara, lecz nadal, choć całkiem blisko mi już do pięćdziesiątki, wierzę, że to dzięki zwykłym ludziom, którzy potrafią spojrzeć ze współczuciem na drugiego człowieka, stopniowo, krok po kroku, nasza codzienność staje się coraz bardziej przychylna.

ewa-kujawa.pl

W kąciku czytelnika możesz przeczytać: